Dawno, dawno temu akwarelowe obrazy urzekły mnie swoją lekkością, światłem i świeżością. Ja też tak chciałam malować. Jednak, gdy po raz pierwszy usiadłam do akwareli, a było to po długim okresie malowania farbami akrylowymi na gęsto, moja akwarela nie przypominała akwareli lecz raczej obraz akrylowy, ciężki i wymęczony (tu westchnę na to wspomnienie). Jakiś czas trwało, zanim odkryłam, że nie potrzeba wiele:
– niewiele farby akwarelowej i wody w sam raz,
– niewiele kolorów,
– niewiele warstw,
– niewiele ruchów pędzlem.
A do tego włączyłam u siebie przycisk STOP (ja go nazwałam u siebie STOP Klatka) – z pytaniem – czy i do czego jest potrzebne kolejne pociągnięcie pędzlem? Potem odklejam się od krzesła, wstaję od stołu i patrzę na akwarelę z oddali. Czy wystarczy? Czy coś dodać? Wsłuchuję się w swoją intuicję. Jest odpowiedź. Jest lekko.
Po kolei ograniczałam więc ilość farby, ilość kolorów, zmniejszałam grubość warstwy i ilość szurania pędzlem w tę i z powrotem po papierze. Wyzwanie było szczególnie z ograniczeniem tego szurania – i tak sobie myślałam podczas tego szurania ileż to zbędnych ruchów wykonuję w życiu. Zaprzestałam. Jest pięknie.
Mniej znaczy więcej.